Get Adobe Flash player

Beata Bujok godło: Chinook (Cieszyn)

II nagroda w kategorii proza

 

 

Piano, piano

 

            Promienie słońca padają ukośnie. Przecedzone przez zakurzone żaluzje, oświetlają pokoik dwa na trzy, pełen rachitycznych mebli i tandetnych ceratek w kwiatki. W dusznym, pełnym nieciekawych woni powietrzu wirują szare kłaczki, osiadają wolno na sfatygowanych sprzętach. Spiralna pępowina przewodu połączyła w jedno plastikową słuchawkę w kolorze kości słoniowej, z mięsistym, człekopodobnym tworem rozpartym w fotelu o błyszczących od tłuszczu podłokietnikach. Ramię, łokieć, dłoń porośnięta rzadkim włosem i przywiędła małżowina uszna stopiły się w całość z aparatem telefonicznym o staroświeckiej, okrągłej tarczy. Po drugiej stronie, przekrzykując trzaski i wyładowania na linii, rozbrzmiewał Głos. Nie alt, nie kontralt i nie sopran. Chropowaty granit powleczony dla niepoznaki aksamitem, szorstka kora brzozy oblana miodem. Świdrował mózg na kształt rozpalonej do białości drzazgi i jątrzył. Głos sprawiał, że w przeżartym tanim alkoholem umyśle mężczyzny pojawiły się obrazy: namiętna Włoszka, lubieżne i absurdalne połączenie Moniki Bellucci z Ciccioliną, leżąca na czerwonej, satynowej pościeli. Oglądane z boku, kształty jej bujnego ciała przypominają wydmy pustyni oblane blaskiem zachodzącego słońca, włosy spadające na ramię są jak festony zastygłej lawy, krzemienne źrenice krzeszą iskry. Przekręca się na plecy i wygina grzbiet, aż obcasy czarnych szpilek grzęzną w skołtunionej satynie, jak w zastygającej szybko melasie. Wczepia w poduszkę krwistoczerwone szpony i rozeźlona, posyła mu elektryzujące spojrzenie, rozchylone warki ociekają sokiem żurawinowym, Lilith. Fantasmagoryczny wiatr wzdyma przeźroczyste baldachimy rzeźbionego w hebanie łoża.

 

            Mężczyzna poci się obficie z ręką permanentnie wciśniętą pod skórzany pasek spodni, po raz setny zastanawiając się nad tym, czy można zakochać się w głosie? W samym głosie, oderwanym od ciała, którego nigdy na oczy nie widział? Wsłuchując się w wibrujący tembr, który sączy mu do ucha płynny miód, truciznę i roztopiony ołów, po raz setny uświadamia sobie, że tak. W tym Głosie tak. Ściska słuchawkę, aż bieleją kostki palców i chrapliwie mówi jej, co z nią zrobi. W odpowiedzi Głos śmieje się, a śmiech ten działa na mężczyznę tak, jakby ktoś nożem z piłką usiłował podciąć odsłonięte i wyeksponowane struny nerwów. Trzęsie nim zaprawiona wściekłością ekstaza, obrzuca Lilith przekleństwami. Po drugiej stronie zapada nabrzmiała erotyzmem, wieloznaczna cisza. Potem Głos niczym tchnienie ciepłego wiatru o północy, wionie mu wprost do ucha: „piano…, piana…” powracają sugestywne obrazy, igraszki nocnych stworzeń, pohukiwanie nocnej sowy. Głos obiecuje mu rozkosz i ból. Poza nim nie ma nic. Kiedy ona unosi ku niemu biodra, świat kurczy się do rozmiaru ciasnej, nabijanej gwoździami klatki, w której ryczy rozpaczliwie oślepiony lew. Mężczyzna rzuca się w fotelu, coś z hałasem spada. Strwożony, pospiesznie odkłada słuchawkę i rozgląda się czujnie. Potem zapala papierosa i spogląda na zegarek. Trzydzieści siedem minut. To będzie kosztować.

 

            Przeciągły sygnał kończy rozmowę i ostatni obrany kartofel z chlupotem wpada do mętnej wody. Kobieta ściskając słuchawkę pomiędzy ramieniem i brodą, najpierw wyciera dłonie w kraciasty fartuch, a dopiero potem odkłada ją na widełki. Wzrusza ramionami i wsuwa za ucho mysi kosmyk. Jej chorobliwie blada cera przywodzi na myśl dojrzewający ser. Prawie nie wychodzi z domy, odkąd w wypadku straciła stopę. Jakie to szczęście, że wcześniej, pracując w pizzerii, nauczyła się naśladować włoski akcent. Faceci to uwielbiają… stukając protezą, zanosi garnek z kartoflami na kuchenkę i odkręca gaz.